Uwielbiam pary, które chcą robić śluby i wesela zgodnie ze swoim rytmem.
Jest dużo prawdy w tym, że nie ważne gdzie, ważne z kim i ten reportaż jest tylko jedną z wielu rzeczy, które mogą potwierdzić te słowa.
Wesele Judyty i Pawła było jednym z tych najbardziej „surowych w formie” i ciepłych w emocjach. Dosłownie.
Po wzruszającym ślubie w kościele zaprosili gości na imprezę na działce, na której budowali właśnie swój pierwszy dom. Przyjęcie weselne zrobili praktycznie na budowie.
How cool is that?
Pogoda tamtego dnia była cudowna, a noc jak na czerwcową, bardzo ciepła.
Do dyspozycji gości było całe podwórko, namiot, który skrywał stoły uginające się od jedzenia, grill i parkiet na świeżo wylanym tarasie domu w stanie surowym. Kto chciał, mógł też w jego wnętrzu znaleźć odrobinę spokoju i przestrzeni do rozmów na starej kanapie przy tureckim dywanie, albo wejść po drabinie na górę i popatrzeć trochę na świat z lotu ptaka.
I pomyśleć, że mało brakowało, a nie zrobiłabym tych zdjęć. Miałam już podpisaną umowę z inną parą, ale Judyta wytrwale co 2 miesiące dzwoniła zapytać czy może jednak tamta para się nie rozmyśliła. I wiecie co? W końcu się doczekała. To chyba moja najbardziej zdeterminowana panna młoda, jaką miałam w swojej karierze.
Jakieś 6 tygodni przed ślubem ta pierwsza para faktycznie się rozmyśliła i zmieniła termin na sierpniowy, ale to już inna, równie piękna historia…
Tymczasem, zostawiam Was z reportażem z dnia Judyty i Pawła, żebyście sami mogli się przekonać, jak fajnie było tamtej nocy.















































































































